barbella; dziesiąty: Wszystko, co powiesz, może być użyte przeciwko tobie.
~ a cat is sitting on my chest
all I need is just some rest
why you treat me this bad way
why you steal my every day ~
Czwarta nad ranem, myśli dawno tak nie bolały. Dawno nie były tak wielkie, by uniemożliwić mi sen. Dawno nie były tak narwane i niemożliwe do okiełznania. Dawno nie były tak zagonione, dawno nie były takie rozbieżne. Dawno takie nie były. Ostatnio podobne gonitwy miałam, kiedy zniknął nagle mój ojciec. Potem, kiedy wyjechał James. I teraz znów, choć przecież nie stało się nic, co mogłoby mnie doprowadzić do takiego skrajnego stanu.
Przekręciłam się na drugi bok i wbiłam wzrok w ciemne wciąż niebo, rozświetlone przez zaledwie pięć gwiazd, tyle przynajmniej udało mi się naliczyć. Naciągnęłam na siebie kołdrę, owinęłam się nią szczelnie tak, by tylko twarz została w miarę na widoku. Patrzyłam błędnie w okno, oddychałam spokojnie. Wróciłam umysłem do zeszłego tygodnia, znów siedziałam z Alison pod ścianą na mieszkaniu chłopaków, do których na imprezę poszłyśmy. Jasne było, że chciałyśmy tylko porozmawiać z Michaelem ja, ona z Russellem. Bo nas naprawdę nie bawiły takie rzeczy. Nie śmiałyśmy ze swoich wzajemnych seksualnych podbojów jak tamte dziewczyny. Nie podobały nam się umięśnione ciała jak im. Nie miałyśmy w zwyczaju upijać się na umór. Nie widziałyśmy nic przyjemnego w siedzeniu w kałużach potu, wymiocin, alkoholu. Nie wiedziałyśmy, co takiego jest w porzucaniu własnej osobowości, byleby tylko przypodobać się chłopakowi, który ma nas głęboko w poważaniu i zachwyci się tylko urodą. A potem porzuci. Jak Steven Tallarico. Chociaż on z tym akurat nie ma nic wspólnego; dziewczęta, z którymi, chcąc lub nie, spędziłam z Alison cały wieczór i kawałek nocy doskonale wiedziały, co robią i nie miały z tym najmniejszego problemu. Tego chciały, to im się podobało. Czy chodziło tylko o chwilę? Czy chodziło o to, by mieć się czym popisać przed koleżankami? Doprawdy, nie wiem, o co chodziło. Siedząc tam wtedy, sącząc z przyzwyczajenia smakowe piwo, obserwowałam z zaciekawieniem i niezrozumieniem Rachel Collins, Jenny Kimberley i Sarę Rylan. Pierwsze dwie chodziły ze mną do klasy, zdarzyło mi się zamienić z nimi słowo. Nie były najgorsze, ale były z tych, których nie rozumiałam. Rozmawiały we trzy o nowej miłości Collins. On rzucił dla niej swoją dziewczynę, ona dla niego swojego chłopaka. Chcą w lipcu zostawić Boston i zaszyć się gdzieś w Los Angeles, jej Frank ma na to pieniądze, a ją kocha, wszystko będzie absolutnie idealnie. Słoneczna Kalifornia ich wzywa, dziewczyna śmiała się, pokazując koleżankom nową bluzkę, którą ten jej kupił. Westchnęłam cicho, przymknęłam oczy. Szkoda było mi Rachel, one wszystkie były naiwne, tak bardzo łatwowierne. Otwierały się przed każdym, kto tylko potrafił je czymś do siebie zwabić. Chciały ustawić się tak do końca życia. Do skutku. Wiedziałam, kim był, jest i będzie Frank Nash, ten dwudziestosiedmioletni mężczyzna pojawiał się w naszym mieście i znikał z niego od dekady. I nie wiem, ile kochanek miał, może z dwadzieścia? Czuł się po prostu wolny, kursował to tu, to tam. Nie był zły, był tylko kochliwy i nie potrafił się oprzeć, a jak sobie radzić w innym mieście samemu, otoczonemu zewsząd przez nowe twarze, jak tu pamiętać, że ta jedyna została w Bostonie. Szkoda, że miał takie niewdzięczne serce, kiedy był tak miłym człowiekiem o czarującym uśmiechu. I teraz obiecał młodej Collins złote góry, a nie sądzę, by dotrwało to wszystko do lata. Przecież wiosna to czas miłości...
Po pierwszej Michael stanął pomiędzy Russellem i Jasonem na środku salonu, informując nas wszystkich o swoim nowo powstałym zespole. Zaprosił nas na koncert, sobota, dwudziesty trzeci stycznia, w klubie Broken English, który rzekomo każdy znać powinien, a jednak nie znałam go ani ja, ani Alison, ani Patrick. Nic dziwnego, z drugiej strony. Nie różnił się on wiele od tego, w którym miałyśmy przyjemność słuchać Aerosmith, tyle, że ten był mniejszy. Byliśmy tam w trójkę w zeszłym tygodniu, zastanawiając się, co naprawdę tam robimy. Wyszło, że ja z Alison poszłyśmy na koncert tylko i wyłącznie ze względu na Mike'a z Russellem, a Patrick nie miał co z sobą zrobić. Siedziałam z przyjaciółką na jednym ze stolików nie tak daleko od sceny, kiwając się z przyzwyczajenia w rytm muzyki, która nie była specjalnie porywająca. Russell przejął funkcję gitarzysty, Michael wykazał się niesamowitą podzielnością uwagi, gdyż dzielił się pomiędzy mikrofon i bas, a Jason robił im za perkusistę. Przez cały występ odnosiłam wrażenie, że zespół powstał tylko dlatego, że praktycznie każdy go miał, każdy dział twórczo. Co prawda Mike miał ciekawy głos, ale niestety nie miał warunków, by lepiej go zaprezentować.
- Nie stroi mu gitara - powiedziała do mnie pod koniec znużona Alison.
- Znam jeszcze kogoś, komu nie stroi gitara, kochanie... - odparłam wesoło.
- On przynajmniej potrafi na niej grać.
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową, patrząc na zeskakującą ze stołu brunetkę, kiedy tylko ci skończyli. Po niedługim czasie przywlokła do mnie cały zespół, kilka innych osób, które najwyraźniej nie chciały ich odstępować na krok. Obsiedliśmy dookoła stół, na którym zleciał nam cały koncert i przegadaliśmy przy nim może z trzy godziny, co było zdecydowanie najlepszą częścią tego wszystkiego.
- Skąd wiedziałaś to o naszej nazwie? Ze to od miasta jest? - spytał mnie Michael, spoglądając zafascynowanymi oczami.
- Wiem, że w zeszłym roku grałeś w zespole, którego nazwa też była anagramem jakiegoś słowa. Dlatego i tym razem pomyślałam, że zastosowaliście podobny chwyt - zaśmiałam się.
- Strasznie bystra jesteś. - Uśmiechnął się do mnie.
- Myślę w trochę inny sposób, to wszystko.
- Co o nas myślisz?
Szlag. I znów. Obruszyłam się niespokojnie. Znów miałam opowiadać wokaliście, co myślę o jego zespole? Znów mam się...
***
- Widzę, widzę bardzo dobrze, ale Tom się znów dzisiaj spieszy, nie mam racji?
- Szczerze mówiąc... - zaczął rozbawiony blondyn, spoglądający z góry na swojego niespokojnego wokalistę. - Ja z Barbellą jeszcze będę miał okazję się na spokojnie nagadać.
- Z pewnością... - burknął i zwrócił się w moją stronę. - Pozwolisz na chwilę?
- Sprawa życia i śmierci, Steven?
Okazało się, że tak. Pozwoliłam mu chwilę się naprodukować, by przekonać mnie, bym jednak z nim poszła. Nie wiem, czy zrobił to dlatego, że chwilę wcześniej moja Alison zniknęła z Joe za drzwiami, a ten nie chciał czuć się gorszy, czy naprawdę miał coś ważnego. Nie sądziłam, w zasadzie byłam przekonana, że wszystko potoczy się dokładnie tak jak tydzień temu. Dlatego wielkie było moje zdumienie, kiedy okazało się, że nie tak miało być.
- Żyjesz w Bostonie od urodzenia, Barbie?
- Tak. W zasadzie nawet nigdy nie byłam poza Massachusetts - odparłam spokojnie, naciągając na ręce rękawiczki, idąc z nim ramię w ramię. Łeb w łeb, można nawet rzec.
- A jak długo żyjesz w ten sposób? - spytał wprost, wiedziałam, w czym rzecz.
- Miałam piętnaście lat, kiedy poszłam na pierwszy koncert.
- I wtedy uznałaś, że chcesz to robić częściej?
- Tak... - Spojrzałam na niego z zaciekawieniem, on jednak brnął uparcie przed siebie, patrząc pod nogi. - Dziś jesteś inny.
- Wydaje ci się.
- Steven, nie wydaje mi się. Przecież pamiętam, jaki byłeś ostatnio, a jaki jesteś teraz. Więc nie mów mi, że jest wszystko jak było.
Zatrzymał się nagle, zatrzymałam się i ja. Spojrzał po mnie i rzucił tylko ciche „Błagam, chodź...”, po czym otworzył oszklone drzwi, przy których staliśmy. Otwarłam lekko usta, chcąc coś powiedzieć, a może tylko wyrazić swe zdumienie. Niemożliwe, by tu żył, żyli. Mieszkali, cokolwiek. On skinął tylko głową i przepuścił mnie w progu, posłusznie weszłam na korytarz, ruszyliśmy schodami ku górze. Wspinaczka skończyła się na pierwszym bądź drugim piętrze, on szedł pierwszy, ja za nim. Zatrzymaliśmy się znów, tym razem przy drzwiach mieszkania, które otworzył kluczem, wyjętym z kieszeni ciemnych spodni.
- Wejdź - mruknął, znów mnie przepuszczając.
- Nie wierzę, że tutaj...
- To jest dość skomplikowane, ale jeśli bym ci to wytłumaczył, to wszyłoby na coś banalnie prostego, więc po prostu pogódźmy się z tym, że nam się poszczęściło. - Uśmiechnął się, zamykając drzwi, zabierając ode mnie nierozłączny kożuch. - Chcesz się czegoś napić?
- Kultura... - skomentowałam cicho i zmierzyłam go dokładnie wzrokiem, pokręciłam głową. - Zakładam, że wino tutaj...?
- Jak jest, to Joe ma je pod łóżkiem, daj mi chwilę.
Zniknął szybko w pokoju na końcu holu, założyłam zatem, że tam śpi i tworzy jego przyjaciel, snujący się zapewne teraz ulicami miasta z Alison. Wypuściłam cicho powietrze i skręciłam w prawo, wchodząc do salonu, oddzielonego od kuchni ścianą, ale tylko połowicznie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu; po podłodze walało się kilka kartek, pustych butelek po alkoholu i nie tylko, na parapecie i ławie stało parę talerzy, szklanek, pod oknem jedna gitara, na kanapie druga. Koszula na podłokietniku, kilka wersów piosenek, znanych mi i nie, na ścianie. Kilka roślin w poobijanych, kolorowych doniczkach. W rzeczy samej, to mieszkanie wyglądało na takie, w którym żyje właśnie grupa młodych chłopaków, upajających się w muzyce i własnych aspiracjach, ale to wszystko zebrane razem sprawiało, że to miejsce miało w sobie coś, przez co chciało się tu zostać. Uśmiechnęłam się sama do siebie i usiadłam na kanapie, spoglądając na ciemną gitarę, leżącą obok.
- Wszystko mamy! - Dobiegł mnie po chwili uradowany głos Stevena, który wpadł do salonu, trzymając w dłoni przeźroczystą butelkę z białym winem. - Gdyby było czerwone, nie byłaby pewnie taka pełna.
- Nawet lepiej, na czerwone trzeba mieć nastrój - odparłam, patrząc jak chłopak idzie do kuchni, po czym wraca z niej z jednym kieliszkiem i jedną szklanką, tłumacząc, że wszystko się potłukło.
- Zastanawiałem się, czy przyjdziesz dzisiaj. Posłuchać nas, zobaczyć.
- Jesteście zbyt dobrzy, bym nie przyszła.
- Posłuchaj, ja wtedy, w zeszłym tygodniu, naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło. Nawet jeśli znacie, znasz ludzi, o których pytałem, nie masz przecież obowiązku mi od razu ich przedstawiać, nic.
- Niesamowite...
- Co jest niesamowite?
- Steven, powiedz mi, czy nie jest ci lepiej i łatwiej, będąc takim, jakiego widzę cię teraz? - spytałam, nalewając sobie wina do kieliszka. - I już nie udawaj, nie teraz, proszę cię o tyle.
- Skąd możesz wiedzieć, kiedy udaję, kiedy nie?
- Poznaję to, Steven. Po oczach, po tonie, po wszystkim. Po tobie. Sądziłam, że i ty wyczujesz, że przy mnie tak się nie da. Że rozpoznam. Jesteśmy inni, przecież my jesteśmy inni. Tworzysz, bo czujesz, ja też. Mamy inne mózgi, Steven. Inne, ale podobne. I mnie nie oszukasz na pewność siebie i inne ''ja''.
- Przecież... - zaczął. Albo urwał gwałtownie, zmieniając temat. - Opowiedz mi swojej sztuce.
- Robię zdjęcia. - Popatrzyłam na niego i zdjęłam z włosów opaskę obitą czerwonym materiałem, założyłam ją znów, kontynuowałam. Kiedy spojrzał na mnie i on, zdałam sobie sprawę, że chce wiedzieć i chce tego szczerze. Chociaż straciłam nagle bezpieczny grunt. Może nie był taki przewidywalny, jak ja założyłam?... Co schował? I gdzie. - Ja... Ciężko mi o tym opowiadać. Musiałbyś zobaczyć. Od kilku lat fotografuję ludzi, miejsca. Wszystko. Wywołuję te zdjęcia. I moja matka twierdzi, że je niszczę. Ponieważ rozcinam je, wycinam poszczególne elementy. Które potem zostają przeze mnie wkomponowane w inne prace. Rysunki. Obrazki...
Zamilkłam. Zacisnęłam palce na drobnej, szklanej nóżce mojego, pustego już, kieliszka. Dlaczego o tym mówiłam. Dlaczego tu przyszłam. Dlaczego on był taki. Nie możliwe, by zmienił się lub uznał, że nie będzie przy mnie udawał. W przeciągu tygodnia. Czego chciał. Dlaczego na to przystanęłam. Dałam mu się omamić? Zwiódł mnie? Czy już triumfował? Poczułam się mała, zagubiona, chciałam wrócić, chciałam do domu. A kiedy dotarło do mnie, że zadeklarowałam się, że następnego dnia przyjdę słuchać nowego St Boon, odechciało mi się żyć. Wolałabym po prostu porozmawiać z Michaelem, ot tak. Nie patrząc przez pryzmat zespołu. Niech wezmą to wszystko diabli. Dlaczego im nagle przyszło zakładać zespół. Dlaczego musieli grać na dzień po Aerosmith. Dlaczego ja nie czułam niczego, co normalnie bym czuła. Nie wiedziałam, co się dzieje. Znałam uczucie zauroczenia, wiedziałam, co to znaczy kochać, podziwiać, być dumną. Zakłopotaną, zagubioną. To nie było nic z tego. Może byłam wyprana z uczuć. Wiem, że doszło we mnie do zachwiania. Tylko nie byłam w stanie ocenić, co się stało. O ile zawsze, a na pewno przeważnie, byłam dobrze zabezpieczona i pełna świadomości, że jestem absolutnie niezależna i pewna swych racji, o tyle siedząc przy nim, straciłam to.
- A ty? Kogo ty udajesz przede mną, Barbie?
Spytał tak nagle, odstawiłam kieliszek na ławę i zagryzłam wargę. Co on powiedział? Co zasądził? Co zobaczył? Jak to nazwał? Odwrócił wszystko, co powiedziałam pod jego adresem, odwrócił to i skierował przeciwko mnie? Przecież nie udawałam. Przecież ja zawsze byłam. Przecież nie miałam powodów. Chyba, że jednak.
- Siebie samą - szepnęłam.
- Dlaczego?
- Nie wiem.
Wstałam, kiedy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Zaraz po tym moim oczom ukazał się Joe, ignorujący Stevena, patrzący przenikliwie na mnie. Milczeliśmy wszyscy, nie wiem, ile to mogło trwać. Ci dwaj wyglądali jakby potrafili się ze sobą porozumieć bez słów, a nawet kontaktu wzrokowego. A ja stałam pomiędzy nimi, nie wiedząc, co właśnie zrobiłam.
- Nie będę wam przeszkadzał - powiedział w końcu, patrząc już na Stevena.
- Nie przeszkadzasz, Barbie chyba chce już iść - odparł beztrosko, uśmiechnął się do mnie. Tak jak wtedy. Jak pierwszy raz. Kiedy siedzieliśmy na stole. Diabeł, jak można być kimś takim. Potknie się kiedyś.
- Na pewno?
- Tak...
- Nie - odparłam zimno i ruszyłam w stronę gitarzysty. - Mogę cię na słowo, Joe?
- Jasne. - Skinął głową, patrząc na mnie wciąż w ten sam sposób. - Tuta...
- Na zewnątrz, jeśli to nie problem...
Okazało się nie być problemem.
***
Wróć.
- Nie będę mówić rzeczy, które chcesz usłyszeć, Michael. Masz charakterystyczny głos, ale, niestety, koledzy z zespołu nie dają ci możliwości wyeksponowania go w odpowiedni sposób... - powiedziałam cicho, nachylając się bliżej chłopaka. - Takie moje zdanie.- Wychodzi, że nie tylko... - westchnął, spojrzałam na niego pytająco. - Słyszę, że się nie zgrywamy.
- Dlaczego w takim razie z nimi grasz i z takim entuzjazmem mówiłeś o zespole?
- Bo na próbach szło nam dobrze, może to jest wina nagłośnienia, nie wiem. Nie wiem, w czym jest problem, Barbie. Sądzę, że oni też sobie zdają sprawę, że coś nie wypaliło.
- Był tu w ogóle ktoś poza znajomymi?
- Nie, pierwszy zagraliśmy tylko dla znajomych. To znaczy, nie tylko, ale jak widać nikt inny nie przyszedł. I tak ktoś z zewnątrz tylko z przypadków mógł tutaj trafić.
- Jeżeli się przyłożycie, a Russell nauczy się grać...
- Słucham? - Położył mi dłoń na ramieniu, zaciekawił się.
Nie planowałam powiedzieć mu o tym w taki bezpośredni sposób, ale nie skłamałam, a Alison miała rację, mówiąc, że jeśli mowa o brzmienie chłopaków, to problemem nie jest niedostrojona gitara Fawcetta, a jego umiejętności. Spojrzałam kątem oka na śmiejącą się Alison, siedzącą na przeciw mnie, tłumaczącą coś Russellowi, który ewidentnie był zbity z tropu, zażenowany może. Nie wykluczone, że młoda dała mu do zrozumienia, że są pewne sprawy, które się same nie wyretuszują i nie znikną.
- Wasz gitarzysta nie wyrabia, Mike - wyjaśniłam, schodząc znów na ich ziemię. - I w tym największy problem.
- Mówiłem mu, żeby nastro...
- Ale to nie to, w nastrojonej gitarze nie problem. Znam zespół, którego gitarzysta prowadzący nigdy nie stroi idealnie gitary, a jak zagra, to jest pozamiatane, kochany. Musisz po prostu zmotywować Fawcetta do... pracy, nic poza tym.
- Ty to masz szeroką skalę porównawczą, co? - zaśmiał się i sięgnął po tanie piwo, stojące na stoliku, upił łyk.
- Chcąc nie chcąc. Mam, Mike. Mam... Wiesz, która godzina?
- Wpół do dwunastej, a co? Chyba nie będziesz już iść?
- Właśnie mam taki zamiar, muszę coś jeszcze zrobić. Zawsze możesz mnie odprowadzić. - Uśmiechnęłam się i pokiwałam zachęcająco głową.
Zgodził się bez dwóch zdań, zanim wyszliśmy zdążyłam jeszcze szepnąć na ucho przyjaciółce, by naprowadzała dalej Russella na właściwą drogę.
- Wszystko ładnie, ale po jego rękach to za cholerę byś nie poznała, że gitarzysta - odpowiedziała mi cicho. - Zadzwoń do mnie jutro.
Po tych słowach pocałowałam ją w policzek, tak jak ostatnio Stevena, i wyszłam z Michaelem z klubu, skierowaliśmy się w stronę, które nazywałam domem tylko z przyzwyczajenia.
***
W niedzielę zadzwoniłam do Alison, która powiedziała mi o plakatach promujących Aerosmith. Powiedziała mi o tym, o czym rozmawiała z Joe. Musiałam przyznać, że chłopak nie dał po sobie znać, że cokolwiek podobnego się stało, kiedy ja z nim później mówiłam. Och, oczywiście... Pomijając to wszystko, jako iż oszalałam, przystanęłam na propozycję przyjaciółki. Dowiedziałam się, że mają załatwione próby w Fenwey Theatre. I minął tydzień, kończył się styczeń. Miałam łącznie dwadzieścia plakatów, które tylko czekały na wpisanie daty, miejsca. W nadchodzącym tygodniu mieli grać dwa razy. W czym jeden koncert kolidował z koncertem Michaela i reszty.
Wcześniej to do mnie nie docierało, ale najwyraźniej przyszła pora, by zdać sobie sprawę, że jest problem. Nie potrafiłam ukryć faktu, że muzyka St Boon mnie męczyła i chodziłam jej słuchać tylko ze względu na Mike'a. Natomiast Aerosmith mnie fascynowało i robiło coś, czego nie sposób wyjaśnić. Co więcej, naszła mnie potrzeba i chęć zobaczenia ich znów. Potrzebowałam porozmawiać ze Stevenem. Chodziło tylko o jedno pytanie.
Złapałam sama siebie.
Może chodziło o spojrzenie.
Boze Demars,czy ty musisz tak szybko dodawac te rozdzialy!!Jeny dziewczyno to jest cudowne,ale ja jak zwykle nie wiem o co tu chodzi. Wybacz nie krzycze na ciebie c:.To pp prostu moje zalamnie ,ze nie potrafie pilnowac twojego opowiadania.
OdpowiedzUsuńAle dzisiaj postaram sie je nadrobic ,kochana.
No co moge powiedziec.Wydawalo mi sie ze Barbie bedzie z Joe,a nie ze Stevenem.A ta Alison to kto?
Czyzby odbila Joe Barbie?
To sa tylko moje domysly,nie obrazaj sie krolowo XD.
Obiecuje ci ze dzisiaj to ogarne.I teojego nowego bloga tez.
I pisze dalej!Piszesz tak cudownie.
Mam nadzieje ,ze moje slowa otuchy choc troche wesprzą ciebie.
Takze ja zycze weny. I nie bede sie dalej komromitowac xD.
Milego dnia ,kochana Demars.
Pozdrawiam,Madeline.
Primo - rozdziały dodaję raz w tygodniu, przeważnie i tak się tutaj rozjeżdżają, bo nie mam żadnej presji.
UsuńSecundo - Alison jest... główną bohaterką? Jedną z dwóch.
Tertio - nikt z nikim tam nie jest, ale przez te dziesięć rozdziałów, które tu dotychczas opublikowałam, chyba nic nie wskazuje na to, by Barbie miała być z Joe ani... że O'Dea jej go odbija...
Quarto - chyba naprawdę masz sporo do nadrobienia, więc to ja życzę powodzenia i weny na to, haha.
Quinto - skąd wysnułaś te wszystkie wnioski?... XD
Sexto - również miłego dnia, Madziu, haha...
witaj, królowo :'))) (wiesz, że musiałam).
OdpowiedzUsuńjuż Ci pisałam dzisiaj, że nie wiem kompletnie o co chodzi w tym rozdziale i dopiero teraz zabieram się za napisanie komentarza...
jestem załamana tym, że dziewczyny już tak nie sikają w majtki na samą myśl o Russellu i Michaelu. pamiętam, że nawet jak się tu jeszcze nie pojawili a dziewczyny o nich wspominały w ten swój sposób, to miałam nadzieję, że na tych urodzinach do czegoś dojdzie, coś się rozkręci między nimi. a te zamieniły z nimi kilka słów, z przymrużeniem oka przyjęły to zaproszenie na koncert i... poszły...
zostając przy temacie samego koncertu to doszłam do pewnego wniosku... gdyby Michael i Russell przestali grać, bardziej by się im podobali, haha. chodzi o to, że niezbyt podobają się dziewczynom ich występy, ale normalnie z nimi miło rozmawiają, Barbie zgodziła się, żeby Mike ją odprowadził etc. ale znowu z Aerosmith... i podoba się muzyka, chcą spędzać z nimi czas, coś się tam dzieje, dają się zapraszać, na spacer czy do domu...
jestem załamana decyzją Barbie, że zgodziła się iść do Stevena! byłam pewna, że do niczego nie dojdzie i faktycznie nie doszło, no ale... ona jest taka twarda, stanowcza, nawet Steven przy niej mięknie i przestaje "udawać". i w końcu uległa i poszła z nim...
no ale w końcu na horyzoncie pojawił się Joe, którego Barbella odbiła Alison! co ona tak tego biednego Joe wypytuje o Tylera? zakochała się.
jestem ciekawa tych plakatów. pewnie są ładniejsze niż te Elyssy, hahaha. jakoś mam dziwne wrażenie, że na koncert przyjdzie ktoś, kogo nie chcę tam zobaczyć... Jackson? haha, nie. jest w teatrze ze swoją dziewczyną. może Mike i Russell? nie chcę, żeby zobaczyli jak dziewczyny ślinią się na widok Stevena i Joe, haha.
dobra, to już chyba tyle na dzisiaj... Ty wiesz, jakich rozdziałów ja się nie mogę doczekać :'))) w ogóle Ty tak szybko te rozdziały wrzucasz, że nie nadążam z czytaniem i nie wiem o co tu chodzi... ♥
Jestem i tu.
OdpowiedzUsuńOch, dobra, dobra. Bez głupich wstępów, które i tak nikogo nie obchodzą.
A po pierwsze - Nienawidzę Cię za to, że urwałaś ten środkowy fragment w takim momencie. Mimo tego, że potem wytłumaczyłaś o czym rozmawiała Barbie z Joe, ale i tak Cię nienawidzę. Tyle w tym temacie.
No dobra, a tak szczerze... (wyszło, że tamto nie było szczere) spodobała mi się forma, w jakiej został napisany ten rozdział. Był napisany tak trochę inaczej, bo jednak opierał się na wspomnieniach, a w wspomnieniu było kolejne wspomnienie. Ciekawie, ciekawie... a nawet bardzo ciekawie i fajnie. Tak, ten komentarz zaczyna się robić lekko beznadziejny. Z resztą moje wszystkie komentarze są lekko beznadziejne, bo chyba nic szczególnego nie wnoszą.
Och, czytałam sobie przemyślenia Barbie na temat naiwności dziewcząt względem facetów i od razu przypomniało mi się Międzywodzie i moja współlokatorka wykłócająca się ze swoim chłopakiem o byle co, ale ślepo w nim zakochana. Chociaż tak naprawdę to była całkiem inna sytuacja niż opisane tu. Ale właśnie, Alu trafiłaś w sedno, bo tak to wszystko wygląda. Opisałaś większą połowę populacji dziewcząt, które sobie żyją w taki sposób i w sumie nawet nie widzą w tym nic złego. Ja naprawdę, nie wiem jak można związać się z facetem, o którym wiadomo o takie, a nie inne rzeczy. Ja w ogóle nie wiem jak można stracić siebie, kiedy się wchodzi z kimś związek, a następnie popalać o tym wszystkim koleżankom, a nawet nie, bo jednak Barbie i Alison koleżankami dla tej Rachel czy jak ona tam miała nie były. Ale także wywnioskowałam, że ten Frank to chyba też musi być dość sporo straszy od tej szczęśliwie zakochanej dziewczyny... Z resztą, przecież to nie ma większego znaczenia. Miłość jest trudna. Och, nie. Przecież to nawet nie jest miłość. To jest jakaś taka śmieszna parodia miłości, która tak naprawdę wszystko psuje. Ale cóż, wiadomo, różni ludzie mają różne priorytety i różnie sobie żyją. Tylko szkoda, że tak naprawdę przez swoją własną głupotę zawalają sobie życie. Ale nie będę się tu zastanawiała nad tą całą Rachel czy jak ona tam miała, bo chyba ona tu nie ma większego znaczenia.
Barbie i Steven. Steven i Barbie.
Ja nie wiem co mam myśleć o tej dwójce. Mogłabym powiedzieć, że Barbie się zakochała w Stevenie, ale jakoś nie może mi to przejść przez gardło, albo bardziej przez klawiaturę. Nie, nie mogła się zakochać. Jeszcze nie, bo jakby się zakochała, to by wszystko tu sypnęło. Cała konstrukcja i tak dalej... poza tym pamiętam naszą pewną rozmowę, ha. Ale nie kieruję się tylko tamtą naszą rozmową. Ja nie potrafię tu określić Stevena. Nie wiem kim on jest. Nie wiem, kim jest, kiedy udaje. A kim jest, kiedy nie udaje. Chociaż mogłabym powiedzieć, że jest to zestawienie pewnego z siebie z nieśmiałym i zagubionym chłopcem. Ale jednak to by było o wiele za proste, prawda? To nie może tak być. Ja wiem, że wszystko wydaje się być bardziej skomplikowane. I naprawdę... takie tajemnicze. Ale czasami myślę sobie, że nie chciałabym rozwiązać tej tajemnicy. Podoba mi się ta gra, która toczy się tu w sumie od dziesięciu rozdziałów, bo to opowiadanie robi się przez to takie nadzwyczajne. Tak, które twoje opowiadanie nie było nadzwyczajne. Ech... ale w tym wszystkim jest jeszcze Barbie. Którą może potrafię określić, ale jednak przy Stevenie nie. Ona się przy nim zmienia i chyba sama nie rozumie co się takiego dzieje. W sumie, kiedy zaczyna myśleć o nim, gdy rozmawia z Michaelem. Kidy wspomina o nim, że porzuca dziewczyny, a następnie dodaje, że Steven nie ma z tym nic wspólnego. To wszystko jest dość dziwne. Powiedziałabym, że Barbie się zauroczyła, ale nie. To też by było jednak trochę za proste. To naprawdę ma jakieś drugie dno. Albo ja sama dorabiam sobie wielką ideologię do tego. Hm....Aczkolwiek podobają mi się takie niejasne uczucia, kiedy trzeba się głębiej nad wszystkim zastanowić. Wiesz Alu, nudno jest, kiedy wszystko wiadomo i tak naprawdę tylko czeka się na pewne. Tak, dokładnie jak w moim opowiadaniu. Czasami myślę sobie, że je naprawdę spieprzyłam. E, wróć.
Nie lubię takich nocy, kiedy się przebudzam, a następnie nie mogę zasnąć i zastanawiam się nad wszystkim. Ostatnią taką noc miałam w Gdyni, kiedy mój mężczyzna już dawno spał, a ja patrzyłam się w sufit i sama nie wiedziałam, co takiego miałam ze sobą zrobić. Chociaż miałam ochotę wyjść sobie z pokoju, pójść na plażę, która była jakieś 10 km od naszego chwilowego miejsca zamieszkania. Walnąć się na piachu i już nigdy nie wrócić. Tak, myśli był o wiele za ciężkie i o wiele za ciężkie. Ech... i tak bardzo rozumiem Barbie w tym momencie, chociaż nie rozumiem jej wcale. Dziwne to prawda...?
UsuńŻycie jest dziwne.
Życie jest przewrotne.
Życie jest nieprzewidywalne.
Życie jest życiem...
Pięknie. Jak zawsze pięknie.
Ja cały czas jestem, jakże to tak, miałabym od ciebie uciec, Alu? :)
OdpowiedzUsuńBoże, ja w pewnym momencie po prostu nie mogłam się powstrzymać. Musiałam przeczytać coś Twojego. W ogóle tęsknię za blogowaniem. Za dużo mi się na głowę zwaliło w czerwcu. Jeden z gorszych miesięcy mojego życia, choć paradoksalnie zawierał w sobie najpiękniejszy dzień. Oh.
Alicjo, nie wiem, nie umiem często pisać o Twoich rozdziałach. To opowiadanie... Ono też to ma. Ma ciebie, kochana. Ma klimat, ma coś inspirującego, uwodzącego, ma czar, moc, intrygujące elementy, to wszytsko tworzy taką piękną całość. Uwielbiam lata siedemdziesiąte. Uwielbiam Twoje wizje. Uwielbiam Twoje Aerosmith, Twoje dziewczyny, uwielbiam Patricka. Wszystkich ich uwielbiam.
Ja musze się jeszcze do jednej rzeczy zebrać. Chciałabym, ale nie mogę. Bo wiesz, dla mnie Until wciąż trwa. A ja nie chcę, by się kończyło. Boję się czytać, Alu! Boję się pożegnać z Dee. I z całą resztą.
Kochana, ja się postaram odezwać co jakiś czas. Wciąż tu jestem.
Hugs, Rocky.
Cześć, dëmärs.
OdpowiedzUsuńTo ja, ta z aska, co się wstydziła napisać. Zachęciłaś mnie na tyle, że się odważyłam. A przecież ja się niczego praktycznie nie boję. I w sumie się nie bałam, a po prostu mi było głupio. Ja tak mam, że jeśli widzę, że ktoś mnie przerasta w czymś, w czym czuję się mniej więcej dobrze, to obserwuję wciąż z ukrycia, zatracam się w ciszy i dumam, czy i jak. Tak było i tym razem. Piszesz świetnie, dziewczyno. Dobrze wiesz, co chcesz przekazać i wychodzi ci to. Między innymi za to cię właśnie podziwiam, bo większość wie, a im nie wychodzi. Albo wychodzi im, ale nie wiedzą.
Ten komentarz właściwie nic tutaj nie będzie wnosił, tak jak zapewne każdy ode mnie, ale wiedz, że ja tu byłam i będę już, w komentarzach również.
Pozdrawiam.
Hej, jakiś czas temu zaczęłam pisac opowiadanie. Nie wiem, czy Cię zainteresuje, nie jest o Guns 'n Rosses, ale o nowej ekipie Slasha, a najbardziej skupia się na Toddzie. Jeśli Cię zainteresuje będzie mi niezmiernie milo, a jeśli nie, to cóż... nie zawsze można mieć to co się chce. Niemniej jednak zapraszam
OdpowiedzUsuńhttp://watch-over-you-i-love-you.blogspot.com/
Pozdrawiam serdecznie i przepraszam za Spam
Konspiratorka