prolog: myślisz, że kogo oszukujesz?
~ and he was young
and also was she
and she used to feel sweet pain in her left lung
and then she saw more than she wanted to see ~
Od zawsze mnie fascynował. On, przeciętny z wysokości chłopak o ciemnych włosach do ramion. Raz wydawały mi się kruczoczarne, innym razem były jak ciemna czekolada. Światło tak ładnie się w nich odbijało. Aż milej czas płynął. Obserwowałam go z ukrycia, kiedy przychodził do naszego baru. Nie miałam jeszcze ochoty go poznawać. Nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć, a rozmawianie o niczym konkretnym było i pozostanie wbrew mej naturze. Kobiety z mojej rodziny nie lały z ust wody, nigdy tego nie robiłyśmy. Słowa są zbyt cenne. Nie wiedziałam, co cenne było dla niego. Wyglądał, jakby sam tego nie wiedział, zawsze był taki zabiegany. Zastanawiałam się, co go tak goni, przed czym ucieka, albo raczej - przed kim. Zależy na kogo wcześniej trafił, ale tacy jak on często podpadali, chociażby za sam wygląd, co moim zdaniem było absolutnie głupie. Przecież są cholernie przystojni. Aczkolwiek było coś, co mnie tak bardzo przerażało: jego ciało. Patrzyłam ze smutkiem i żalem, kiedy wpadał do niewielkiego lokalu, prowadzonego przez Jacksona, mojego ambitnego kuzyna. Przygnębienie wzrastało we mnie, kiedy rzucał te wszystkie drobniaki na ladę, już nawet przestał cokolwiek mówić, przecież i tak zawsze brał to samo. Zamawiał najtańszego hamburgera, znienawidzonego przez Jacksona. On zawsze tylko wzdychał niemiłosiernie, kiedy wsypywał stosy centów do kasy, już nawet bez liczenia, i wtaczał się na zaplecze, gdzie siedziałam ja. Leniwie grzał podstarzałe - gumowe, według mnie - bułki, w których chował potem ścierwo, nazywane przez niego i klientów ''mięsem''. Wpychał tam jeszcze kilka innych miłych dodatków i wychodził zażenowany do patykowatego chłopaczka, zostawiając mnie samą.
Większość czasu spędzałam właśnie na naszym barowym zapleczu, będącym w połowie kuchnią, a w drugiej - salonikiem, jakkolwiek śmiesznie i niepoprawnie to nie brzmi. Siedziałam przeważnie na podziurawionej, czerwonej kanapie i czytałam grube książki, czasem pisałam swoje czarne wierszyki. Wszystko to w oczekiwaniu. Aż lokalik chwilowo stanie się pusty, bym mogła wypełznąć tam z miotłą, mopem i szmatą, w celu nadania temu miejscu choć trochę uroku. Doskonale wiedziałam, że to niewykonalne, ale zawsze próbowałam, poza tym dostawałam za takie zmagania pieniądze. Jackson uznał, że po co ma zatrudniać kogoś z zewnątrz, skoro może wziąć mnie, zawsze bardziej opłacalne. Płacił mi mniej. A ja wcale nie miałam żalu. Przecież nie potrzebowałam pieniędzy na jedzenie i utrzymanie, bo mieszkałam z nim. On nas utrzymywał, zatem można powiedzieć, że dostawałam kieszonkowe na swoje kompletnie niepotrzebne, acz piękne, wydatki. Im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że miałam z nim naprawdę korzystny uk...
- Młoda, list do ciebie! - Och, zawsze musiał mi przerwać. Zawsze wtedy, kiedy układałam swoje życie w logiczną całość. Ale skąd mógł wiedzieć, co się teraz dzieje w mej głowie. - Deborah jak zawsze z lekkim poślizgiem, pewnie masz tam życzenia na zeszłotygodniowe święta.
- Jest! - pisnęłam i wyrwałam mu list z ręki, rzuciłam się z nim na kanapę, rozdzierając ostrożnie śliczną kopertę z miękkiego, pomarańczowego papieru.
Zanim jednak wyjęłam siostrzane wyznania, spojrzałam wymownie na kuzyna, dając mu do zrozumienia, że może spokojnie wracać do swoich zabiedzonych lub niechlujnych klientów. Taka była smutna prawda, tutaj żywiła się albo biedota, albo spasłe dno. Z tym, że ci drudzy nie byli już ani trochę interesujący.
- Debbie, Debbie, co słychać w świecie... - szepnęłam i spojrzałam z uwagą na przesiąkniętą wonią pomarańczy kartkę.
Pensylwania, 16 XII '70 ~
O, kochanie, żebym ja mogła Ci opowiedzieć o tym wszystkim osobiście!
Dlatego możesz mnie spytać: dlaczego nie dobijesz do Bostonu, dlaczego nie, skoro dałaś radę do każdego innego miasta? Możesz mi dać w twarz, znienawidź mnie, ale wysłuchaj, czytaj do końca. Moja młoda Czarownico, doskonale wiesz, jak bardzo Cię kocham, że śnię o Tobie co noc, że zawsze myślę o Tobie, że gdziekolwiek bym nie jechała - zawsze widzę Twą twarz w górskich wodach, na niebie: wszędzie. Siostrzyczko, Ty mnie przecież znasz. Wiedziałaś, że taka będę, tak jak ja wiedziałam, że nie zostaniesz za nic w świecie w Buffalo. Jasne było, że uciekniemy i jasne było, że każda w innym kierunku. Ja chciałam żyć w drodze. Ty chciałaś się osiedlić w jednym miejscu. Przynajmniej do...och, ja wiem... Tak zrobiłyśmy, kochana. Znasz nasze marzenia, nie miej mi za złe, że obrałam taki kierunek.
Skarbie, w tym miesiącu Twoje osiemnaste urodziny, jak to pięknie brzmi. Osiemnaście to ładna liczba. Marzę o tym, że otrzymasz ten list przed trzydziestym pierwszym, a najpóźniej właśnie wtedy. Załamię się, jeśli dojdzie już w nowym roku. Chciałabym Ci czegoś życzyć, naturalnie.
Chciałabym, byś była tak cudownie magiczna, jak jesteś teraz. Byś dalej słała listy na te kilka znanych Ci adresów, a wszystko ze świadomością, że je przeczytam, lecz z drobnym opóźnieniem. Zawsze odpiszę. Byś dalej była taka pięknie inteligentna. Byś nigdy nie zapomniała, skąd naprawdę pochodzisz. Z gwiazd, kochanie. Księżyc zawsze mi o Tobie śpiewa. Byś nie dała się nigdy zwieść mężczyźnie. Zwieść, nie uwieść. I nie duś nigdy w sobie serca. To nic nie daje, bądź wyzwolona, bądź wolna i sobą - jak ja. Miłość jest delikatna i zwiewna, ale nie rób sobie z niej żadnej cnoty, ni ciężaru. Ciesz się nią tylko, ona ma Ci sprawiać przyjemność, nie może Cię boleć, kochanie. Chciałabym Ci życzyć, byś po prostu była szczęśliwa i byś o mnie pamiętała, chcę, byś mnie kochała.
Mam dla Ciebie prezenty za te wszystkie lata. Mam je wszystkie zawsze przy sobie. Odwiedzę Cię na wiosnę, skarbie.
Pozdrów ode mnie Jacksona, przekaż mu, by wreszcie odważył się żyć! Pozdrów Patricka, przekaż, że też coś dla niego mam. Pozdrów i ucałuj Barbellę, to na pewno. Niech nadal Cię tak podstępnie edukuje.
Wesołych Świąt, szczęśliwego nowego roku i pięknego życia, Czarownico,
kocham Cię zawsze i tylko dla Ciebie -
Debbie.
I pozdrów ode mnie chłopca, o którym myślisz. A na pewno taki jest. Kochanie, ja też myślę. I to o trzech, cholera...
Zagryzłam lekko wargę i położyłam list na swoich kolanach. Zajrzałam znów w głąb koperty, po czym ostrożnie wyciągnęłam z niej złotą bransoletkę z kilkoma niewielkimi księżycami, zwisającymi z łańcuszka. Uśmiechnęłam się do nich tak jak uśmiecham się do tego prawdziwego i bezceremonialnie zapięłam świecidełko wokół swego nadgarstka, spojrzałam w swój umysł. „Za dużo ci mówią moje gwiazdy, siostrzyczko” - pomyślałam. I momentalnie zachłysnęłam się powietrzem, kiedy do pomieszczenia wtargnął Jackson i obrzucił mnie spojrzeniem, które ja już świetnie znałam. Ale on nie wiedział nic, pochyliłam się lekko w przód, dostrzegając przez szparę między drzwiami a ścianą zmordowany cień, chowający się pod ciemnymi włosami. To zabawne, że widziałam go już tyle razy, a on nawet nie wiedział, że istnieję. Mało kto wiedział naprawdę.
- Nie jest wart twojej uwagi. - Zażenowanie w jego głosie doprowadzało mnie do szału.
- Debbie kazała ci zacząć wreszcie żyć, Jackson - warknęłam i poruszyłam się gwałtownie. - Bo masz dwadzieścia pięć lat, a każdy, kto spędza przy tobie przynajmniej pięć minut czuje się jak postarzony o co najmniej dekadę.
- Ej, dziewczyno, dziewczyno...
Nie odpowiedziałam na to nic. Westchnęłam. Podkurczyłam nogi i oparłam swą przemęczoną głowę na kolanach. Aż nagle dostrzegłam coś, niewielką karteczkę. Musiała wypaść ze ślicznej koperty. Byłam już sama; schyliłam się ociężale po skrawek papieru, utkwiłam w nim wzrok.
Słońce wschodzi i zachodzi, księżyc jest, potem znika.
Spójrz i zobacz, że z Tobą trwać będzie zawsze aż siedem księżyców.
I nie bądź nigdy ślepa. Nie każdy żyje tak, by móc dostrzec chociażby jeden.
Wsunęłam obydwie kartki do zaklętej powłoki i zakleiłam, w miarę swych możliwości, dusząc przy tym, odurzającą wręcz, woń pomarańczy i goździków. Zrobiłam tak, by móc przycisnąć to wszystko do siebie i z czystym sumieniem runąć na wiekową kanapę. Nie dopuszczałam już do siebie rozmów dochodzących z lokalu. Nie dopuszczałam nic. Ale nie nikogo.
- Ile zatem ty musisz ich widzieć, Deborah?
Witaj, Alicjo.
OdpowiedzUsuńMnie tutaj właściwie nie ma, ale chcę, abyś wiedziała, że jestem zainteresowana i będę gdzieś tutaj z Tobą.
Pozdrawiam, tak na koniec i czekam na coś więcej.
Prawie z krzesła spadłam, kiedy Cię tutaj zobaczyłam.
UsuńDziękuję Ci ślicznie, naprawdę się nie spodziewałam. Zapraszam w poniedziałki, na to wychodzi, jejku.
Witaj droga Alicjo.
OdpowiedzUsuńMilo jest widziec u ciebie cos nowego,twoje poprzednie opowiadanie tez jest fajne ?ale przez moje ogromne zaleglosci nie rozumiem tresci,musze je nadrobic.
Jednak twoj pomysl teraz podoba mi sie.
Twoje cudowne opisy ,jak zwykle ukazuja sie. Masz cudowny styl , ktory uwidacznia sie w kazdym twoim opowiadaniu. Lacznie z zamilowaniem do czarownic xD.
Jednak lubie to...Dzieki temu jestes bardziej orginalna i wpadne tu czesciej . Mam nadzieje ze z tym bede na bieżąco.
Fabula tez jest fajna ,tylko zastanawiam sie nad ta Debbie ,czy to czasem nie jest Debbie Harry z zespolu Blondie?xD
Ale twoj pomysl fajny ,teraz tylko czekam na rozwiniece jego i oby tak dalej!
Juz nie moge sie doczekac o co tam chodzi , Alicjo ty zawsze zosyawiasz taka nute tajemniczosci i zawsze przez to nie wiem o co chodzi :/. Przyznaje sie otwarcie ,jednak wglebiajac sie twoje twory ,docieraja do mnie .
Dlatego czekam z niecierpliwoscia na nastepny.
I tak jak mowilam , mam nadzieje ze zagoszcze tu na dluzej.
Pozdrawiam ,twoja nowa czytelniczka , Madeline.
No tak, my już sobie wyjaśniłyśmy wieczorem, w czym rzecz, haha. I jedyne co mi pozostaje, to dopowiedzieć, że to nie jest ta Debbie, to nie wokalistka Blondie.
UsuńI zostaje mi oczywiście podziękować, jak wiesz.
Przybyłam. Teraz będę tutaj na zawsze. Boże jak to brzmi. Jakbym była jakimś seryjnym mordercą xD. Na zawsze razem heuheu... Mniejsza o to. Sądzę, że jeszcze mnie pamiętasz ;)
OdpowiedzUsuńJuż się zaciekawiłam i dlatego kobieto Cię uwielbiam. Co to za chłopak? Jestem żądna rozdziałów! O kurwa... Znowu wyszło, że jestem jakimś psychopatą. W sumie każdy jest potajemnym psychopatą. Nawet nie wiemy jak się nazywa główna bohaterka...albo wiemy? Chwila idę sprawdzić. Nie, nie wiemy. Sprawdzałam.
Fabuła ogółem już zachęca. Czekam na więcej!
Pamiętam bardzo dobrze, Twój komentarz przy "Until [...]'' zrobił ze mną coś pięknego.
UsuńNie wiemy jeszcze nic, ale takie podstawy są przewidywalne, daję słowo... W samej fabule tylko namieszam, znów, haha.
Dziękuję ślicznie ♥
Tak, pewnie znów skończy się to tak, że nie skomentuję następnego, ale jestem tutaj. Tak jak wszędzie. Dlatego nie myśl, że Cię zostawiłam, Alicjo. Brak mi tylko chęci na komentowanie, choć czasem coś wyjdzie.
OdpowiedzUsuńNo, ale jestem.
Obecność mi wystarczy, choć przeczę teraz sama sobie. Ale to wszystko od osoby, do której się zwracam, zależy, haha.
UsuńJasna cholera, umarłam? Dowiedziałam się o tym zupełnie absurdalnym przypadkiem. Zupełnie... Zawisłam nad kartką z wzorami na fizykę wgapiona w ekran, i coś czuję, że do kartki wrócę za dłuższy czas. Urzekłaś, kochana. Nie wiem o co chodzi. Nie wiem kim jest tajemniczy ciemnowłosy chłopiec, nie wiem kim jest dziewczyna niemarnująca słów, która posiada żyjącą w drodze siostrę Debbie. Urzekłaś, powtarzam. I czytać będę, lecz komentarzy - jeśli w ogóle, przepraszam - spodziewaj się króciutkich. Byle do maja, Alicjo. Do maja.
OdpowiedzUsuńChciałam jeszcze tylko powiedzieć, że zaczęłam coś nowego i, haha, drugie imię jednej z bohaterek brzmi Deborah. Oh...?
Trzymaj się, deMars. Aha, kocham to, że tu jest biało, a tam czarno. Nie pytaj czemu.
Hugs, Rocky ♥
Nic się, Rocky droga, nie dzieje przypadkiem! I rzeczy też są ważne i ważniejsze...(przepraszam!), hah.
UsuńWiesz bardzo dobrze, kim owy chłopiec jest, zaufaj mi na słowo. W zasadzie nie wiem, co mogę Ci tu jeszcze powiedzieć, zakładając, że sama również bazuję tylko na prologu, hm... Wszystko w swoim czasie, wiadomo.
Do maja zatem, ja też czekam, zwłaszcza do dziewiątego, och. I ja też jestem zachwycona samym faktem, że się przełamałam i mam taki jasny szablon. Dziękuję Ci, zaskoczyłaś mnie ♥
no ja wiedziałam, że się nie powstrzymasz :') i teraz wszyscy skończą publikować opowiadania, przejdą na emerytury, a ja zostanę sama z Carpe Diem, haha!
OdpowiedzUsuńwiesz, z czym mi się skojarzyło to wszystko? ze Spangebobem Kanciastoportym. serio, haha! oglądałaś kiedyś tę kreskówkę? to pewnie przez te hamburgery. Jackson, który "nie żyje", dodaje ludziom w swoim towarzystwie dekadę, kojarzy mi się ze Skalmarem, który stoi przy kasie ze znudzoną miną, nikogo nie lubi i chce już skończyć pracować, główna bohaterka skojarzyła mi się ze Spangebobem, który też tam sprząta, ciągle się cieszy (jak ona z listu) i podgląda klientów. haha, jak jeszcze będzie jakiś wątek w tym barze, to będę sobie wyobrażać scenerię z restauracji "Pod Tłustym Krabem" w Bikini Dolnym!
ale przechodząc do konkretów. lata '70... Aerosmith jest jeszcze niesławne, biedne... ten biedak to chyba ponury Joe, Steven raczej zarażałby wszystkich swoją radością i dobrym humorem. szykuje się pewnie wątek miłosny między nim a sprzątaczką z baru. Jackson już się krzywi i nie podoba mu się to, że zwraca na niego uwagę, więc może być ciekawie...
cieszę się, że pewnie niedługo poznam Debbie, bo wydaje się cholernie ciekawą osobą. tylko nie wiem, o co chodzi z tymi księżycami... "Spójrz i zobacz, że z Tobą trwać będzie zawsze aż siedem księżyców. I nie bądź nigdy ślepa. Nie każdy żyje tak, by móc dostrzec chociażby jeden". próbuję to przeanalizować i nic, haha. kojarzy mi się to z analizowaniem tych niezrozumiałych wierszy na polskim... hmm, może księżyć oznacza jakąś szansę? nie wiem, ale na pewno oznacza coś pozytywnego...
ahh, chłopak Kristen wygląda jak sobowtór Perry'ego i robi jej codziennie jajecznicę. pisałaś też kiedyś, że bardzo chciałabyś usłyszeć głos Kris i że pewnie nie będzie Ci to dane, ale spełnię Twoje marzenie! dokładnie tak ją sobie od początku wyobrażam, głos, charyzma, wygląd... ale pewnie już słyszałaś o tej niesamowitej kobiecie, Alicjo :') zdobyła moje serce, więc Jamesa również! https://www.youtube.com/watch?v=DEf0BdPDZL4
no to ja czekam na coś nowego! <3 chyba do czwartku, prawda? :')
Ejejej, naprawdę jestem aż tak przewidywalna?... Czy może to, że Ci opowiadałam kiedyś jak potłuczona o tym opowiadaniu coś zdradziło, hm...
UsuńWiesz co, chciałam odpisać Ci na ten komentarz dopiero po tym, jakbym się śmiać przestała z tego SpongeBoba, haha, to wszystko naprawdę ma sens, jak tak czytam, mimo że nie oglądałam nigdy tej bajki, jakoś nie mogłam... Ale jeszcze dodajmy do tego, że Debbie wspomniała w liście o PATRICKU, haha!
I nie wiem, czy wiesz, ale jesteś pierwszą osobą, która użyła w swoim komentarzu słowa ''Aerosmith'', co w zasadzie też jest winą mojego gadania, no cholera jasna, skąd Ty wiedziałaś... Ale mogę Cię tylko poinformować, że zainspirowałam się Tobą w komplikowaniu życia bohaterom, chociaż takiego poziomu jak Twój to chyba nawet bym się sięgnąć nie odważyła, haha.
Jeśli chodzi o księżyce - zwróć uwagę na bransoletkę, którą narratorka dostała od swojej siostry!
I o tej Kristen to ja już sobie z Tobą porozmawiam, ale dalej płaczę, dziękuję Ci baaardzooo i naturalnie, że do czwartku :')) ♥
Przybyłam.
OdpowiedzUsuńJa naprawdę nie lubię początków. Raczej lubię początki, ale nie lubię ich komentować, bo mam zawsze mało do powiedzenia. Za mało niż bym chciała. Poza tym zapoznawanie się z nowymi bohaterami, historią i tak dalej. Czasami mam wrażenie, że mnie to przerasta, a ja się naprawdę przywiązałam do Until, haha... ale dobra. Może bym w końcu napisała coś o tym opowiadaniu. Mamy sobie prolog... a wiesz? Oczarowałaś mnie, Alu. W sumie, to ja zastanawiam się, kiedy mnie nie oczarowałaś, bo od kiedy pamiętam mnie czarujesz. No weź, w ogóle to ja popadnę przez Ciebie w jakieś kompleksy literackie. Naprawdę...
I naprawdę kłaniam się nisko za ten początek, bo to było mistrzostwo swojego rodzaju. Czasami zastanawiam się, czy możesz być jeszcze lepsza w pisaniu i przeraża mnie myśl, że możesz... a to znaczy... dobra, nie będę się tu nad tym rozwodziła. Och, dobra, ja sobie czytam pierwsze zdanie "On zawsze mnie fascynował" i co? I widzę sobie Perry'ego. A idź Ty. W ogóle zrobiłaś mi tu pranie mózgu... ale dobra, ja się domyślam, że to było o Perry'm.. ja Cię tu dobrze już znam. Ha, no chyba, że mnie jednak zaskoczysz. Teraz jestem ciekawa. Chociaż mam świadomość, że się dowiem w niedalekiej przyszłości.
Wiesz, Alu? Stworzyłaś w tym prologu taki cudowny klimat. W sumie ja zawsze walczę, aby mi wychodziło właśnie w takiej lekkiej dozie tajemnicy, może trochę mroku... melancholii, deszczu itp.. (o ile wiesz o czym mówię) ale jakoś rzadko mi to się udaje. Ale ja po prostu uwielbiam czytać w takim klimacie i zawsze to przemawia jakoś do mojego serca. Poza tym mamy cudowne lata 70... och, może ta świadomość, ze właśnie taki jest czas akcji to wszystko podkreśliła. Chociaż jakbym miała świadomość, że to się dzieje w czasach współczesnych, to bym się tu jarała, że tak cudownie w tym starym klimacie. Tak i właśnie tu jest sedno sukcesu, który dziś podbił moje serce. A naprawdę byłam znudzona jak to czytałam. Jakoś tak sobie weszłam na tego bloga między robieniem mojego albumu i stwierdziłam, że sobie przeczytam, a następnie walnęłaś mnie dechą w głowę. Chociaż, przecież zawsze dostaję do Ciebie dechą w głowę. Powinnam się już do tego przyzwyczaić.
Główna bohaterka, która chyba jeszcze nie zdradziła swojego imienia... albo ja po prostu byłam tak bardzo powalona, że przeoczyłam. No dobra, ale jest dziewczyną, która zasuwa sobie w barze kuzyna, z którym ma układ. A kuzyn nie daje nikomu żyć, bo sam nie ma życia. Ale mogę za to powiedzieć o niej, ze ona ma zdolność do odpływania w swoich myślach. W sumie, to wyobraziłam sobie ją, jak siedzi na wiadrze, trzyma mopa i się prawie, że o niego opiera. Obserwuje tego co ją zawsze fascynował, a potem zaczyna rozmyślać o hamburgerze. W sumie, opis tego hamburgera był naprawdę mistrzostwem... no ale kuzyn wyrwał ją z zamyślenia, bo jakaś Debbie napisała list. W sumie, to ja Ci powiem, że nie lubię tego imienia. Mam do niego antypatię, ale może bierze się z tego, że inna postać o imieniu Debbie dość głęboko zarysowała się w mojej głowie. Mało ważne. Ale ta Debbie to jakaś poetka jest. Chociaż ten list... ja nie wiem, dlaczego, ale skojarzyło mi się to z listami, które mogłaby by pisać do siebie Dee i Caroline. Tak i się zaczęło porównywanie. Dobra, zamykam się już. Raczej się jeszcze nie zamykam. Bo mam jeszcze parę słów do powiedzenia, ale oczywiście gdzieś mnie uciekły.
Ogólnie powiem, że mnie zaintrygowałaś i na pewno będę tu bywała. Wiernie bywała. Z resztą, ja tam zawsze będę bywała, gdzie Twoja twórczość.
Pozdrawiam serdecznie :*
Właśnie ja mam odwieczny problem, co zrobić z cudzym prologiem, gdyż nie mam absolutnie żadnego innego punktu odniesienia i w zasadzie nie ma na czym się wesprzeć, haha. Dlatego wyobraź sobie moje zaszokowanie, kiedy zobaczyłam od Ciebie taki wielki komentarz.
UsuńHm, mogę Ci tylko ślicznie podziękować za te wszystkie piękne słowa, bałam się trochę wychodzić z tym wszystkim... Ale nie mam może czego, rzeczywiście. Starałam się o taki klimat, bałam się, że nie dam rady, ale jestem z niego zadowolona. I cudownie, że nie tylko ja, szczęście!
Narratorka jeszcze nie zdradziła nam swojego imienia. Chociaż narratorów mamy sześciu, ale nie da się ukryć, że tylko jedna jest główną postacią, moja...och.
Podsumowując tę nieskładną odpowiedź - naprawdę Ci, Rose, ślicznie dziękuję. Aż do mnie wszystkie chęci wróciły ♥
W końcu dotarłam, dëMärs! Po wykrętach i obiecankach-cacankach. Nieważne.
OdpowiedzUsuńI powiem Ci, Kochana, że ja już teraz kocham Debbie. No po prostu zafascynowała mnie i chcę jej więcej i więcej. List od niej tak bardzo mnie urzekł, był taki... no wyjątkowy, miły. Motywujący i wesoły. O, no jestem tym fragmentem zachwycona! Chyba sobie to wydrukuję i powieszę nad łóżkiem (rano, przy wstawaniu się przyda, haha). Żartuję oczywiście, ale tylko z tym łóżkiem. A kawałek o księżycach? Ciągle zastanawiam się, co z czym połączyć i nadal jestem skonsternowana czytając to po raz kolejny i kolejny... Co nie zmienia, oczywiście, faktu, że to mi się cholernie spodobało! Mam nadzieję, że w końcu to ogarnę, haha. Nie wiem, czy to ma jakieś powiązanie z przyjaciółmi Alison (komentuję, mając w zapasie jeszcze kilka przeczytanych i jużpowoli ssię orientuję). Tylko nie pamiętam, ilu ich tam dokładnie było... Potem sprawdzę. A to biedne chłopaczysko to zgaduję Joe, nie wiem, aż tak daleko nie zaszłam, haha.
Jacksona nie lubię.